poniedziałek, 23 kwietnia 2012
(1) "Zdrętwiał. (…) był pewien, że nigdy nikomu o niej nie mówił. Już od przeszło roku od czasu do czasu wydawało mu się, że podczas czytania spotyka innych czytelników. Od czasu do czasu, tylko niekiedy, ale coraz wyraźniej i wyraźniej przypominał sobie tych innych, przeważnie nieznanych ludzi, którzy równolegle z nim czytali te samą książkę. Niektóre szczegóły pamiętał tak, jakby je naprawdę przeżył. Przeżył wszystkimi zmysłami. Naturalnie nigdy nikomu się z tego nie zwierzył. Uważaliby go za wariata. W lepszym wypadku, za szurniętego. Co prawda, gdy poważnie rozmyślał o tych zadziwiających rzeczach, sam też dochodził do wniosku, że jego osobowość niebezpiecznie waha się na samej krawędzi zdrowego rozsądku. A może odnosił takie wrażenie z nadmiaru literatury i manka życia?!" (2) "Przez kilka chwil Adam Lozanić zastanawiał się, czy na nią nie zaczekać. A dokładniej, czy nie pójść samemu do dużej czytelni, nie zamówić tego samego tomu i tam nie zaczekać na jej powrót. Miał nadzieję, że mógłby to być jeden z tych dni, kiedy udawało mu się wejść tak dalece w lekturę, by stać się świadomym innych czytelników. W ten sposób pod koniec siódmego semestru miał obiecujący romans z koleżanką, najładniejszą na literaturze powszechnej, ale gdy rzeczywiście spróbował do niej podejść w holu uczelni, ona po prostu odwróciła głowę. - Lubi pani spacery nad rzeką? – nie zrezygnował, pragnąc przypomnieć jej równoległe czytanie jakiejś realistycznej noweli ze szczegółowo opisanym brzegiem: zaledwie wczoraj spędzili tam całe popołudnie. - Lubię, jeśli przepłyniesz na przeciwny brzeg – zażartowała ona przed resztą kolegów. W tym tygodniu nie wszedł do auli, wydawało mi się, że jej dźwięczny, drwiący śmiech w ogóle nie cichnie w budynku na Placu Studenckim". Goran Petrović, Sklepik 'Pod szczęśliwą ręką', przeł. Milan Duškov, Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2006, s. 10 i 13.
niedziela, 15 kwietnia 2012
czwartek, 05 kwietnia 2012
„«Podręcznik polarnika » to moja ulubiona książka Stefanssona. Być może szanse na to, że będzie mi kiedykolwiek dane wykorzystać zawarte w niej porady, są niewielkie. Ale podobnie jak wielbicielki Marthy Stewart czują się bezpieczniej, wiedząc, jak wykonać dekorację weselną z klamerek od pasków i owocowych żelków, nawet jeśli tak naprawdę nigdy w życiu tej wiedzy nie wykorzystają, tak samo ja czerpię pewną pociechę czytania pożarniczych wskazówek i rad Stefanssona. Uspokaja mnie wiedza o tym, że kitek wierzbowych można użyć jako knota w lampce z foczego tłuszczu. Że dwie bryłki pirytu, takie mniej więcej rozmiaru cytryny, potarte o siebie rozpalą ogień sprawniej niż zapałki. Że można gotować na włosiu i wełnie wołu piżmowego albo niedźwiedzia grizzly, przy czym jedna skóra wystarcza mniej więcej do zagrzania dwu do trzech ośmiokwartowych garnków. Że jeśli w czasie wiosennych roztopów człowiek przypadkiem nie znajduje się na stałym lądzie, powinien poszukać odpowiednio grubej kry, na której można przetrwać lato, by podróż kontynuować jesienią. Że martwą fokę ciągnie się łatwo, natomiast niedźwiedź polarny ma tendencję, żeby się przewracać. Że nie należy wcierać zgniłego mózgu karibu w ubranie, ponieważ skóra od tego sztywnieje. Że skórzane buty można ugotować i zjeść. Że najlepszy sposób podchodzenia foki, którą chce się upolować, to samemu udawać fokę: ubrać się na ciemno i wić po lodzie, od czasu do czasu podnosząc w górę zgięte w kolanach nogi, jakby się chciało tylną płetwą podrapać od wszy. Trzeba koniecznie pamiętać, że rady te udzielane są bynajmniej nie z zaciśniętymi zębami i w tonie stoicyzmu – no, dobrze, stoję w obliczu śmierci, ale wiem przynajmniej, że nie powinienem wcierać zgniłego mózgu karibu w ubranie – przeciwnie: brzmi w nich niezobowiązująca serdeczność, poczucie, że autor i czytelnik są całkowicie zgodni co do przyjemności, jaką to wszystko daje. Stefansson nie był twardzielem, był sybarytą. Czy ktokolwiek chciałby nosić wełniane uranie, skoro «nie ma nic rozkoszniejszego dla skóry – nawet jedwab – niż bielizna ze skórki młodego karibu»? Po co mieszkać w domu, skoro oświetlone pojedynczą świeczką igloo przypomina «nieboskłon z diamentów»? Po co zatrudniać Inuitów czy Indian do polowania, skoro można samemu zrobić sobie tę przyjemność? «Równie dobrze mógłbym prosić lokaja, żeby zagrał za mnie w golfa – zauważa Stefansson – albo nająć kogoś, żeby za mnie chodził do teatru»”. Anne Fadiman, Arktyczny hedonista, [w:] W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe, przeł, Magda Heydel, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 178-180.
środa, 04 kwietnia 2012
"«Kiedy piszę po zmroku – zauważył Cyril Connolly – w moją prozę wsączają się purpurowe wieczorne cienie. Dlaczego zatem nie piszę o poranku? Ponieważ ja niestety jakoś nie miewam poranków, a do tego choć ja sam nie pogardzam ludźmi, którzy chodzą spać wcześniej ode mnie, to oni wszyscy jakoś dziwnie się denerwują, że ja nie wstaję». Conolly dotyka tu sedna odwiecznego problemu człowieka sowy. Świat naturalny już dawno odkrył pożytki płynące z pracy zmianowej: łatwiej dzielić terytorium, jeśli nie wszyscy plączą się po nim w tym samym czasie. Nikt nie wini jamraja za to, że grasuje po zmroku; nikt nie oskarża nocnego motyla o dekadencję; nikt nie wyzywa lelka od leniwych wylegiwaczy dlatego, że śpi w dzień, a śpiewa po nocach – a jednak ludzie, którzy urodzili się do życia według podobnego rytmu, uważani są przez pozostałe dziewięć dziesiątych populacji za wybrakowanych w zakresie konstrukcji kręgosłupa moralnego. «Ci, którzy dokonać mają wielkich czynów – ostrzegał osiemnastowieczny teolog Matthew Henry – muszą wstawać wcześnie». Zgodnie ze średniowiecznym horarium zakonu benedyktynów, pierwsze spośród siedmiu nabożeństw rozpoczynało się o trzeciej piętnaście nad ranem: to taka metoda zabezpieczania sobie tytułu do cnoty, zanim konkurencja zdoła złożyć lepszą ofertę. I nikogo chyba nie zdziwi, że o godzinie pół do piątej rano w roku 1660 John Milton, błyszcząc wręcz od porannej prawości, słucha Biblii po hebrajsku, którą sługa czyta mu na głos, gdy tymczasem o tej samej godzinie w roku 1890 irlandzki dziennikarz i pornograf Frank Harris (przy tych nieczęstych okazjach, kiedy sypiał sam) pada wreszcie, wycieńczony nocą spędzoną wśród niewyrażalnej rozpusty. Reputacji sów nie da się już chyba naprawić. Kto wstaje rano? Rolnicy, piekarze, lekarze. Kto nie kładzie się do późna? Złoczyńcy, prostytutki, włamywacze. Jesteśmy przekonani, że jeśli ktoś przemyka gdzieś po północy, to na pewno ma coś do ukrycia. Noc to czas goblinów, upiorów, wampirów, żywych trupów, czarownic, czarnoksiężników, demonów, zjaw, biesów, potępieńców, poltergeistów, czarnych ludów, straszydeł i przewracających się z hukiem sprzętów. (Jest to także czas wróżek i aniołów, ale podobnie jak większość podnoszących na duchu zjawisk, one są wypchnięte z naszej wyobraźni. Koszmar wypiera słodkie sny). Noc, podobnie jak zima, jest metaforą śmierci, nikt nie mówi «śmiertelnie jasny poranek» albo «śmiertelnie ciepła wiosna». W dziwnej i mrocznej książce pod tytułem Night (Noc) (do której przeczytania, najlepiej o północy, powinno się zmusić każdego skowronka) brytyjski krytyk literacki Al Alverez zauważa nie bez goryczy, że Chrystusa nazywa się Światłością Świata, a szatana Księciem Ciemności. Mając przeciwko sobie tak potężną proskowrończą tradycję, czyżbyśmy sowy, na zawsze już byli skazani na pobyt w piekielnych rejonach, które pomimo niegasnących ogni, określane są jako ciemne?". Anne Fadiman, Z życia sów, [w:] W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe, przeł, Magda Heydel, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 73-75. Fragment wybrany losowo. ;-)
wtorek, 03 kwietnia 2012
"Czym dla Baudelaire'a był haszysz, dla Coleridge'a opium, dla Roberta Louisa Stevensona kokaina, dla Roberta Southeya podtlenek azotu, dla Aldousa Huxleya meskalina, a benzedryna dla Jacka Kerouaca, tym dla Balzaka była kofeina. Niczym sztubak, który wplątał się w kosztowy romans, Balzak zaciągnął niepokojąco wysokie długi u konsjerża, za drobną opłatę przemycającego kawową kontrabandę do szkoły z internatem, gdzie przyszły pisarz pobierał nauki. W wieku dojrzałym, harując po osiemnaście godzin na dobę nad powieściami, przy wtórze dobijających się do drzwi właścicieli, Balzak trzymał się klasycznego reżimu uzależnienia, podnosząc sobie dawki kofeiny, w miarę jak wzrastała tolerancja jego organizmu. Zaczął od jednej filiżanki dziennie, potem pił ich kilka, potem wiele, a potem czterdzieści. W końcu, stopniowo ograniczając ilość wody, wzmagał stopień koncentracji naparu, aż do momentu, kiedy jadł już suche fusy: «potworna, bardzo okrutna metoda – pisał – którą polecić mogę jedynie ludziom o nieprzeciętnym wigorze, gęstych, czarnych włosach i skórze pokrytej plamami wątrobowymi, ludziom o wielkich kwadratowych dłoniach i nogach w kształcie kręgli». Metoda ta wprawdzie była piekielna dla żołądka, ale za to z nadzwyczajną skutecznością dostarczała kofeinę do mózgu.
Czy taki opis powstałby pod wpływem kawy bezkofeinowej?" Anne Fadiman, Kawa, [w:] W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe, przeł, Magda Heydel, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 194-195.
sobota, 31 marca 2012
"Pamiętaj, że bałaganiarstwo to wielka wada; większą od niej jest tylko perfekcjonizm". Henryk Markiewicz, Mój życiorys polonistyczny z historią w tle. Rozmową z autorem uzupełniła Barbara N. Łopieńska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 200.
czwartek, 22 marca 2012
"7. Pisownia imion i nazwisk Imiona i nazwiska jugosłowiańskie piszemy, tak jak w języku polskim, dużą literą". Maria Krukowska, Govorite li srpskohrvatski? Zwięzły kurs języka serbochorwackiego, Wiedza Powszechna, Warszawa 1971, s. 20.
;-)
sobota, 17 marca 2012
"7 II Wczoraj wieczorem napisałam do Pogonowskiego, że nie mogę przyjąć jego przekładu «Osmana», ponieważ nie jest to przekład, tylko przeróbka, swobodna parafraza eposu Gundilicia, bardzo daleka od oryginału. Zacytowałem mu kilka wersów z Pieśni III. W poniedziałek odeślę ładnie zapakowany przekład pocztą, żeby mi tu nie przychodził i żebym się nie denerwował. Muszę jednak przyznać, że tłumaczenie «Osmana» to zadanie niemal nadludzkie. Miejscami, na przykład w pieśni III, Gundulić jest tak niepoetyczny, tak suchy i nudny, tak kronikarsko płytki, że w ogóle nie ma to związku z poezją, nie ma w tym cienia poezji. Dla Kozłowskiego przygotowałem już dosłowny przekład pieśni I II, a dzisiaj skończyłem Pieśń III. Należy ona do najkrótszych, bo ma tylko 356 linijek. Ale czy Kozłowski potrafi coś zrobić z «Osmana», to się dopiero okaże. Rzecz jest diabelnie trudna. Chwilami jest to wręcz proza. Jak gdyby rymowanym ośmiozgłoskowcem ktoś opisywał na przykład przegląd automobilu: Buick niebieski, znany w mieście,już podjeżdża wielkim łukiem,a ma ci on silnik dwieściei trzydzieści cztery,z hukiem staje, zgrzyta, warczy, jęczyi nie rusza z miejsca wcale,chociaż szofer z nim się męczy,a tłum pcha go, pcha w zapale.Takich bzdur i w «Osmanie» jest sporo.
8 II Tłumaczę «Osmana», Pieśń IV, i chce mi się wyć. Boże, jakież to nudne!" Julije Benešić, Biblioteka Jugosłowiańska, [w] Osiem lat w Warszawie (kronika), przełożyła Danuta Cirlić-Straszyńska, wybór, posłowie, biogramy Hanna Kirchner, Czytelnik, Warszawa 1985, s. 390-391. --- Dla przypomnienia: spotkanie Nałkowskiej i Krležy. Benešić to kronikarz zgryźliwy, cięty i ironiczny, ale jego sądom - nawet jeśli są kontrowersyjne i niekonsekwentne - nie można odmówić pewnego rodzaju przenikliwości. Pewnie dlatego jego warszawski dziennik czyta się tak dobrze. Przydałoby się wznowienie tej książki.
niedziela, 04 marca 2012
|
Zakładki:
Archipelagi
Biblioteka Jugosłowiańska
Blogi
Czasopisma
Dźwięki
Literatura
Mitteleuropa | Bałkany
Na Południe
(o mnie)
Oglądam
Peryferia
Szablon
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||