niedziela, 07 lutego 2010
(Travnik, źródło: Wikpedia) "Dotrzeć do takiego miasteczka, zanurzonego w historii, znaczy skręcić w bok, albowiem nasze korzenie nie wyrastają z głównej drogi, ale plączą się gdzieś na uboczu i tam sięgają głęboko w ziemię. Travnik wydaje mi się jajem, z którego wykluł się cały ten kraj, owocem owiniętym nie tylko w kartki powieści Andricia*. A może i tak. Bo na owych kartach ujawnia się duch tego narodu, powściągany z samozaparciem, suchy, a jednocześnie wykwitającym tysiącem porywów, pragnień, ambicji i niekiedy przedziwnych idei. Nie jestem zupełnie pewny, czy Travnik to prawdziwe miasto, miejsce zamieszkałe przez ludzi – jego lekkie budowle, pańskie domy, bazar, meczet, twierdza na wzgórzu, to wszystko wygląda raczej na drzeworyt, tyle że nieco powiększony. Jakbyśmy otworzyli bogatą spiżarnię, cenną szafę i nagle ukazały nam się liczne szczegóły, wykonane z wielkim wyczuciem harmonii i elegancji. Wydaje się niemal nie do pomyślenia, że w tym wąwozie między dwiema górami, w tym górskim miasteczku kupców i rzemieślników ręka ludzka wzniosła ustronne muzeum, w tonacji nieco przyciemnionej, jako że słońce szybko ucieka za zbocze i wszystko zanurza się w półmroku jak we własnym naturalnym kolorycie. Choćby nie wiem jak mroczne były książki Andricia, choćby się w jego mądrych dziełach znalazło mnóstwo najgęstszej żywicy, ciemny bursztyn, w jaki spowita jest ta mieścina, przechodzi wszystko, co nawarstwiło się w jego prozie; nie ma w niej tak zamkniętego miasteczka, uroczyście owiniętego w czarny papier, które sprawia wrażenie, jakby się przygotowywało do bycia dla kogoś darem. Pana Ivę, dyplomatę i pisarza, zapamiętałem tak, jak chodził po ulicach Belgradu, zawsze tak samo, na spacer w godzinach południowych, z mieszkania w pobliżu parku królewskiego, ulicami Terazije i Kneza Mihaila do Kalemegdanu. Tam wstępował na szczyt szerokich schodów, gdzie po lewej stronie, jak teraz, leżał wapienny lew, spoglądający w kierunku Zemunu i Zachodu. Niezmiennej, godzinnej trasy jego spaceru nie zakłócali ludzie, znajomi z bliska czy z daleka. Mało kto chciałby przeszkadzać mu w drodze do tylko mu znanej gwiazdy. Mijając niektórych, uprzejmie uchylał kapelusza, nie zatrzymując się przy tym. Zawsze sam, bez swojej towarzyszki, która niestety poruszała się z coraz większym trudem. Pani Milica, elegancka i układna kostiumografka teatralna, pozostawała w cieniu, podobnie jak całe miasto pozostawało w cieniu tego pana i jego milczenia.
(Ivo Andrić, ale nie na tle Travnika, a innego bardzo ważnego w jego twórczości miasta - Wyszegradu). Andrić zawsze więc docierał tylko tu, do cheronejskiego lwa. Nigdy nie schodził w dół, ale zatrzymywał się na kilka minut i spoglądał gdzieś przez rzekę, przez miniony czas a potem wracał. Był to człowiek przytłoczony i zamknięty w sobie, jak zamknięta i przytłoczona jest cała ziemia bośniacka. Albowiem o Andriciu, Europejczyku ukształtowanym wedle nowego porządku światowego, na zawsze zaciążyło pochodzenie, tak jak każdy z nas, kto urodził się w jakimkolwiek kraju na Południu, jest naznaczony swoim urodzeniem do samego końca. My wszyscy pochodzimy z krainy podupadłej i pognębionej, nic się tu nie może zmienić. Wszystko to staje mi przed oczyma teraz, kiedy siedzimy w ogrodzie domu rodzinnego pisarza, z wąskim podwórzem przypominającą powiększoną pestkę brzoskwini. Każda rzecz na świecie, każde zjawisko, kraj, naród, wszystko zaczyna się od jakiegoś ziarna, jakiegoś kiełka, jakiegoś łona. Ten górski Travnik może być ziarnem bośniackiego ducha, co prawda czarnym ziarnem, jak z ołowiu, z jakiejś najbardziej zwartej, zagęszczonej w sobie substancji, z której niemal jak z uranu, promieniuje siła, tajemnica, ukryty sens. A przecież każde ziarno i każdy kiełek jest ukryty aż do czasu, gdy się rozpęknie ukazując taki czy inny owoc. Wiemy już, jakim owocem okazała się natura bośniacka, i może było to dodatkowe wyzwanie dla jednostronnych uzurpatorów, ograniczonych gwałtowników, gotowych wszystko co inne, wytępić i zniszczyć". Bora Ćosić, Podróż na Alaskę, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008, s. 39-42. *Ivo Andrić, ur. w Dolcu koło Travnika (1892), jedną ze swych powieści (w przekładzie polskim znaną pod tytułem Konsulowie ich cesarskich mości) zatytułował Travnička hronika (przyp. tłum.). - - - 1. Jak tam pięknie musi być teraz, zimą. Wydaje mi się, że gdzieś/kiedyś (może u Andricia, albo w jakimś wstępie do Andricia, może nawet do "Konsulów...") przeczytałam przepiękny opis bośniackiego miasta zasypanego śniegiem. To musi być niesamowite - te wszystkie wzgórza, kopuły meczetów, wieże kościelne z białymi czapami... Przejrzałam prawie całą książkę Andricia, ale nie znalazłam tego fragmentu (pewnie jest w innej książce innego autora, może w ogóle nie istnieje, a ja jak zwykle coś źle zapamiętałam), ale podczas szukania książka otworzyła mi się na stronie z czymś, o czym chyba pisze Ćosić: "Nikt nigdy zliczyć nie zdołał, ile słonecznych dni poskąpiła przyroda temu miastu; ale to pewne, że słońce później tu wschodzi i wcześniej chyli się ku zachodowi niż w jakimkolwiek innym spośród wielu miast i miasteczek Bośni. Sami trawniczanie nie przeczą temu, dodając jednak zaraz, że słońce, gdy już świeci, nigdzie nie świeci tak, jak nad ich miastem". Ivo Andrić, Konsulowie ich cesarskich mości, przeł. Halina Kalita, Czytelnik 1960, s.32. 2. Nie umiem jednoznacznie powiedzieć czy i jak bardzo podoba mi się "Podróż na Alaskę". Ćosić barwnie pisze o Jugosławii swojej młodości, przenikliwie o tym, czego doświadcza teraz, kiedy tam - ale już do niezależnych Słowenii, Bośni, Serbii, Chorwacji, jeździ. No właśnie - jeździ, a nie wraca. Symptomatyczne, prawda? Niektóre portrety zaprzyjaźnionych z pisarzem artystów są kapitalne (Arsenije Jovanović!), a ilość dostarczanych przez informacji, wspomnień zgromadzonych w tak małej książeczce (raptem 160 stron) robi spore wrażenie. Zwłaszcza, jeśli ktoś chce dowiedzieć się czegoś o jugosłowiańskiej bohemie. A i ton nie jest tak nużący jak w "Deklaracji celnej", z przebrnięciem przez którą, mimo dobrej woli, miałam spore problemy. Celne są w "Alasce" obserwacje, przemyślane wnioski, jednak mimo wszystko niektórych uogólnień i sądów (ich arbitralności) po prostu się boję. Ale może przesadzam. 3. Francuskojęzyczny blog o Bośni. Lubię bardzo. Galeria zdjęć z Travnika jest tutaj.
piątek, 05 lutego 2010
poniedziałek, 01 lutego 2010
"- Pozwalam sobie kolejny raz wypić zdrowie tego domu… - Pan Józef wypija do dna, z małym palcem figlarnie odstawionym od kieliszka. – Wiem od pani mamy, że pani w kulturze się udziela. - Sabinka w wydawnictwie pracuje. – Mama także czemuś zadowolona, choć nie wypiła jeszcze nawet kieliszka. - To trudny odcinek, zdaje się? Pan Józef patrzy już tylko na nią, a więc Sabina musi porzucić sprawę Wodzickiego. - Można tak powiedzieć… - Muszę się przyznać, niewiele mam czasu na czytanie. Życie krótkie, a tyle do zrobienia… Ale szacunek do książek mam, za to mogę zaręczyć… - Jest szacunek, to i miłość się obudzi. Słowa tak mądre, że Sabina podnosi głowę. Nie, żeby się ich po mamie nie spodziewała, ale zawsze miło jest usłyszeć coś wypowiedzianego w porę.
(Kadr z "Rewersu" Borysa Lankosza. Agata Buzek - Sabina i Błażej Wójcik w roli Wodzickiego. Niestety bez pana Józefa.) - Kiedy podczas wojny w skarbówce pracowałem, to mogę paniom przysiąc, że pisarkę, która na Belwederskiej trafikę założyła, traktowałem łagodnie jak dziecko. A pojęcia żadnego nie miała o rachunkowości. Jak ona się nazywała? - Zofia Nałkowska? - Oczywiście. Wystarczy mi tylko podpowiedzieć. Tyle mam w głowie nazwisk… - I często pan z nią rozmawiał? – Mama zaintrygowana, bo jak często powtarza, zna prawdziwe szczegóły romansu książkowej Teresy Hennert. - Przy każdej kontroli. Trzeba przyznać, że wielka to była dama. - Pani Nałkowska żyje przecież. - Myślałem, że ją powstanie nadszarpnęło. A pani, przepraszam za dociekliwość, jakiś konkretny dział reprezentuje? - Poezję polską – mówi Sabina z dumą i nawet odczuwa wdzięczność do pana Józefa za to pytanie. - Ha! Tu mnie pani trafiła! Poezja… Dużo można by mówić… Pan Józef zamyśla się ładnie. Cisza, która następuje, trwa wystarczająco długo, aby mama zdecydowała się interweniować. - Może zje pan z nami kolację? Tak miło się rozmawia…" Andrzej Bart, Rewers, W.A.B., Warszawa 2009, s.53-54.
niedziela, 24 stycznia 2010
środa, 20 stycznia 2010
Szukałam sobie pasiastego materiału na nową spódniczkę, a tu takie coś:
Dziewczynka z stroju łowickim, łowickie, lata trzydzieste XX wieku, zbiory archiwalne MEK
niedziela, 10 stycznia 2010
sobota, 09 stycznia 2010
"I tu, uwaga, słowo-majstersztyk: - Przy-pusz-czal-nie. Piękne słowo, 'przypuszczalnie'. Zauważyłem to któregoś dnia przy śniadaniu. Takie eleganckie, nie narzucające się; młodzi ludzie mówią w ostrych kategoriach: 'nigdy', 'zawsze', 'wszędzie'. Ja sam często piszę 'wszystko', 'ostatni'. A babcia 'przypuszczalnie'. Nikt teraz tak nie mówi; słówko z chłodnego, wyważonego słownika radcy Karnauchowa". Jacek Dehnel, Lala, W.A.B, Warszawa 2006, s. 394.
piątek, 01 stycznia 2010
"WOŁKOW: Anna Andriejewna lubiła sobie golnąć. Niedużo, ale… BRODSKI: Tak, tak, nie więcej niż dwieście gram wódki na wieczór. Wina nie pijała z tegoż powodu, dla którego i ja go nie piję: estry gronowe obkurczają naczynia krwionośne. Podczas gdy wódka je poszerza i ułatwia obieg krwi. Anna Andriejewna była sercowcem. Miała już wówczas za sobą dwa zawały. Później – jeszcze jeden. Piła wspaniale. Jeśli ktoś umiał pić – to ona i Auden. Pamiętam zimę spędzoną w Komarowie. Co wieczór posyła to mnie, to kogo innego po flaszkę. Rzecz jasna, były w jej otoczeniu osoby, które tego nie znosiły. Lidia Czukowska na przykład. Na pierwszy znak jej bliskości wódka znikała, a twarze zyskiwały szczególny wyraz. Wieczór ciągnął się w nobliwej, kulturalnej atmosferze. A zaraz po wyjściu niepijącego gościa wódeczka wyzierała spod stołu. Flaszka stała zwykle obok kaloryfera. Więc Anna Andriejewna, jak zawsze, wypowiadała sakramentalne : 'Znów się zagrzała.' Pamiętam nasze tasiemcowe dysputy na temat flaszek, które kończą się lub nie chcą się skończyć. Od czasu do czasu w naszych rozmowach pojawiały się takie, wiesz, męczące pauzy: siedzisz przed wielkim człowiekiem i nie wiesz, co powiedzieć. Rozumiesz, że trwonisz jego czas. A wówczas mówisz coś, by po prostu tę pauzę zapełnić. Pamiętam bardzo wyraźnie, jak spytałem ją o coś, co dotyczyło Sołoguba: w jakim coś tam było roku? W owej chwili Achmatowa uniosła już kieliszek do ust i pociągnęła łyk. Usłyszawszy pytanie, przełknęła i odparła: 'Siedemnastego sierpnia tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku'. Czy coś w tym guście. I dopiła. WOŁKOW: Dolewając Achmatowej, zawsze pytano, ile. A ona pokazywała palcem, że tyle dajmy na to, będzie dość. Że jednak gest był – jak wszystko u Achmatowej – majestatycznie powolny, kieliszek wypełniał się po brzegi. Przeciw czemu nie protestowała… Mówiłeś, że przychodzili do niej najróżniejsi ludzie. Niejeden zapewne – jak to w rosyjskim zwyczaju – szukał porad nie tyle poetyckich, co życiowych. BRODSKI: Pamiętam taki epizod, całkiem typowy. Rzecz działa się zimą, siedziałem u Anny Andriejewny w Komarowie. Pijemy, gadamy. Nagle wpada pewna poetka z typowo damskim okrzykiem: 'Dziś nie zrobiłam fryzury!' I zaraz Anna Andriejewna wiedzie ją w taki zakamarek, jakby specjalnie tam zaplanowany. Dochodzi stamtąd chlipanie. Czyli, że owa poetka nie na lektury przyszła. Mija pół godziny. Anna Andriejewna i dama powracają zza zasłony. Gdy zaś ta ostatnia się wyniosła, pytam: 'Anno Andriejewna, o co poszło?'. I Achmatowa odpowiada: 'Zwykła rzecz, Josif. Udzieliłam pierwszej pomocy.' Mnóstwo więc ludzi nachodziło Achmatową ze swymi problemami. Zwłaszcza panie. I Anna Andriejewna pocieszała, uspokajała. Dawała praktyczne rady. Nie pamiętam już, oczywiście, jakie. Lecz choćby to jedno, że owi ludzie mogli wylać przed nią swe gorycze, stanowiło skuteczną terapię". Solomon Wołkow, Świat poety: Rozmowy z Josifem Brodskim, przeł. Jan Gondowicz, Psństwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2001, s.247-248.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Kilka dni temu pokazywałam "Bajkę bajek" Norsteina, dziś magia rosyjskiej animacji w troszkę innej odsłonie. Świat Maximova, choć momentami przerażający, też wciąga.
"n+2"
"Libido of Benjamino"
"Wind Along the Coast"
"Provincial School"
"Slow Bistro"
"Rain Down From Abowe" Zainteresowanych odsyłam tutaj (animacje, karykatury i reklamy autorstwa Maksimowa do obejrzenia w Sieci bądź ściągnięcia na własny dysk). ---
sobota, 26 grudnia 2009
"Według psychologii podróży wyspa reprezentuje najbardziej pierwotny, najwcześniejszy stan sprzed socjalizacji, kiedy ego zindywidualizowało się już na tyle, by zyskać pewien poziom samoświadomości, lecz nie nawiązało jeszcze pełnych, satysfakcjonujących relacji z otoczeniem. Stan wyspy to stan nie zaburzonego żadnym wpływem z zewnątrz pozostawania we własnych granicach; przypomina on swego rodzaju autyzm i narcyzm. Wszelkie potrzeby zaspokajane są we własnym zakresie. Tylko 'ja' wydaje się realne; 'ty' i 'oni' są zaledwie niewyraźnymi fantazmatami, Latającymi Holendrami, które pojawiają się gdzieś daleko na horyzoncie i zaraz znikają. Właściwie to Nawet nie wiadomo, czy nie były zwykłym złudzeniem oka przyzwyczajonego do linii prostej, która perfekcyjnie dzieli pole widzenia na górę i dół". Olga Tokarczuk, Bieguni, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 110.
|
Zakładki:
Archipelagi
Biblioteka Jugosłowiańska
Blogi
Czasopisma
Dźwięki
Ernesto Sabato
Kiš
Komiks
Kultura
Literatura
Mitteleuropa | Bałkany
Na Południe
Na szkle malowane
(o mnie)
Oglądam
Peryferia
Slawistyka
Szablon
Vincenz
Wenecja
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||