Timbuktu i okolice
czwartek, 26 stycznia 2012

"Kiedy pracowałem w Jugosławii nad «Powiatową lady Makbet», Ivo Andrić żył jeszcze i miałem szczęście poznać go. Andrić mówił po polsku, gdyż przed pierwszą wojną światową studiował na Uniwersytecie Jagielońskim. Recytował z pamięci wiersze Słowackiego i opowiadał o Krakowie z tamtych czasów. Dopiero po jego opowieściach zrozumiałem, jakim biednym, smutnym i opuszczonym miastem był wtedy Kraków, po którym przechadzał się jeszcze Wyspiański.

[...]

Wśród tych niezwykłych opowiadań Andricia jedno jest szczególnie filmowe. Z Carogrodu do Trawnika, gdzie była jego oficjalna siedziba, ma przyjechać nowy wezyr. Ale nim pojawi się on w mieście, straż wezyra przyprowadza do miasta małego słonia. Żołnierze prowadzą go przez cały kraj, tak aby każdy w Bośni mógł go zobaczyć lub o nim usłyszeć. Jego widok szerzy postrach. Bo kim musi być wezyr, skoro «coś takiego» idzie przed nim! Co z tego, że słoń jest młody i zaczepia ludzi, robi różne psikusy. To zwierzę przeraża, gdyż jest uosobieniem władzy. Walka z tym «potworem» i śmierć słonia to najlepiej pokazana w literaturze sytuacja władza - opozycja. To opowiadanie miałem zamiar połączyć z innym z tego samego zbioru, w którym powtarza się identyczna sytuacja przybycia nowego władcy, wysłanego z centrali. Tym razem wezyr sieje popłoch i utrwala swą władzę na lata, zapraszając na powitalną ucztę całą miejscową arystokrację. Dla każdego z nich przygotowany jest zaostrzony pal z nazwiskiem. Z życiem uchodzą tylko ci, którzy nie przybyli tego wieczora. Co najdziwniejsze, wezyr nie ściga ich, gdyż wie, że oni najskuteczniej swoim strachem sterroryzują pozostałych mieszkańców. Co ciekawsze i niezwykłe, wezyr jest z zamiłowania kaligrafem i całymi dniami kreśli arabskie wersety. Chce mieć całkowity spokój, rękę, która nie zadrży, więc musi zaraz na początku swego «urzędowania» zrobić coś, co na lata pozwoli mu oddać się prawdziwej namiętności do sztuki.

Czyż może być piękniejszy splot sprzeczności, bardziej filmowy?"

Andrzej Wajda (źródło TU)

niedziela, 22 stycznia 2012

"[...] było to w autobusie jadącym z Sarajeva do Jajce. Rozklekotany autobus, taki jakie kursowały u nas przed wprowadzeniem pięknych P.K.P., wiózł nas przez malownicze wzgórza Bośni. Szlak ten jest już mniej przez turystów uczęszczany. Oprócz mnie jechała tylko para francuskich Belgów i młody hitlerowiec z okolic Weimaru. Okoliczności sprzyjały wzajemnemu zbliżaniu się: świece ciągle się zanieczyszczały, motor grzał, gumy pękały. Czekaliśmy po drodze to na zapóźnionego nauczyciela, zabieraliśmy towary, załatwiali miejscowe sprawy, doręczali i zbierali prywatną pocztę. Zupełnie znane, sielskie stosunki sprzed kilku lat na linii Miechów - Słomniki! Nawiasem mówiąc, gdy nauczyciel nosi dumnie czerwony fez, chłop ładujący gęsi wspaniały strój bośniacki, gdy czekająca po drodze dama przemawia z za czarnego czarczafu - ma to wszystko niezaprzeczalny urok!".

Zofia Starowieyska-Morstinowa, Kamień i woda. Wrażenia z Jugosławii, Nakł. Naczelnego Instytutu Akcji Katolickiej, Poznań 1939, s.7-8.

- - -

Nie umiem się oprzeć wrażeniu, ze "piękne P.K.P" od tego czasu ani razu nie wymieniały taboru. ;)

środa, 11 stycznia 2012

"A ja, Hanna" - Treny Kochanowskiego w interpretacji Grażyny Rogowskiej. Reżyseria i muzyka: Tomasz Hynek, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu.

(Miałam linkować dawno temu, ale gdzieś zawieruszył mi się szkic tamtej notki).

sobota, 07 stycznia 2012

"[…] Erszef efendi mówił głębokim, zachrypniętym głosem myśliwca:

- No tak, teraz to jest stare próchno. Nawet świnia nie chce otrzeć się o niego, ale trzeba go było znać niegdyś. Zresztą dziś też nie należy go lekceważyć. Powiadasz waść: żółty i drżą mu ręce. To prawda. Jeno srodze być się mylił, gdybyś wysnuł z tego wniosek, że on już długo nie pociągnie albo że nie będzie szkodził i zagrażał wszystkiemu, co żyje, tyle ile będzie mógł. To prawda, żółty jest jak zwiędła pigwa, ale on nigdy inaczej nie wyglądał; żółty jest od urodzenia. Pięćdziesiąt lat z okładem łazi toto po naszym świecie, kaszle, pluje, jęczy, stęka, kopci i sapie jak dziurawy miech. Od owego dnia, gdy pierwszy raz zafajdał posłanie, na którym matka go urodziła, zanieczyszcza wszystko wokół siebie i wiecznie choruje. Pół życia stracił na długich uporczywych konstypacjach, a drugą połowę na okropnych biegunkach i lataniu przez podwórze z urynałem w ręku. Ale to mu nie przeszkadzało, podobnie jak wieczny ból zębów, bezsenność, wysypki i krwawienia, w toczeniu się jak baryłka i wyrządzaniu z szybkością żmii a siłą byka krzywdy i podstawianiu stołka wszystkim i na każdym kroku. Nie podzielam zdania tych, który utrzymują, że jest kutwą. Nie, to byłaby obelga dla skąpców. Bo sknera kocha pieniądz albo przynajmniej swe skąpstwo i gotów dla niego poświecić wiele, zaś ten nie kocha nic prócz siebie samego, a nienawidzi dosłownie wszystkiego na świecie, żywych ludzi i martwych rzeczy. Nie, to nie skąpiradło, to szubrawiec, i to ciężkiego kalibru".

Ivo Andrić, Konsulowie ich cesarskich mości, przeł. Halina Kalita, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1978, s.239.

piątek, 06 stycznia 2012

(Szkice - inspirowane zresztą "Konsulami..." - są autorstwa Emira Durmiševicia)

"Nowy wezyr był jedną wielką chodzącą ruiną. Ruiną pozbawioną piękna i majestatu, a właściwie mającą jedyną wielkość – wielkość grozy. Ożywający nagle trup zaskakuje i napawa strachem, ale widok wezyra napełniał lodowatą grozą, pod wpływem której wzrok staje w słup, usta się zamykają i ręka cofa. Wezyr miał szeroką twarz bez kropli krwi, zmiętą w kilka głębokich bruzd, o rzadkiej bródce, bezbarwnej jak dawno zeschła trawa, zwiędła i wyblakła, uczepiona załomu skalnego. Fizys ta przedziwnie wyglądała na tle ogromnego turbanu, wciśniętego na oczy i uszy. Turban był artystycznie upięty z delikatnej białoróżowej tkaniny z kitą ze złotogłowiu i zielonego jedwabiu. Zawój ten dziwnie tkwił na jego głowie, jakby wsadzony czyjąś obcą ręką na chybił trafił po ciemku na trupa, który nigdy go już nie będzie przesuwać ani zdejmować, bo wraz z nim ma być pochowany i zgnić. Cała postać tego człowieka od szyi po pięty była jak jedna bryła, w której z wielkim trudem można rozróżnić nogi, ręce i talię. Nie sposób było dociec, jakie ciało znajduje się pod tą stertą ubiorów z sukna, jedwabiu, skóry, srebra i szamerunku. Mogło być drobne i wątłe, lecz równie dobre silne i rosłe. A co najważniejsze, ta ciężka góra materii i klejnotów miała w rzadkich chwilach jakieś zaskakująco szybkie, znamionujące siłę ruchy młodego, nerwowego człowieka. Tymczasem duża, postarzała, obumarła twarz była nieruchoma i pozbawiona wyrazu. Zdawało się, że tę martwą maskę i kupę sztywnego przyodziewku wprawiają w ruch od od wewnątrz niewidzialne sprężyny i śrubki.

Wszystko to składało się na upiorny wygląd wezyra, napawający rozmówcę mieszanym uczuciem strachu i odrazy, litości i zażenowania.

Takie wrażenie wywarł wezyr na konsulu przy pierwszym spotkaniu.

Z czasem, żyjąc i pracując z Ibrahim-paszą, Daville przyzwyczai się doń, zaprzyjaźni i spostrzeże, że pod tym niezwykłym wyglądem kryje się człowiek, który nie jest ani bez serca, ani bez rozumu, wprawdzie zupełnie i na zawsze unieszczęśliwiony, ale nie głuchy na wszelkie szlachetniejsze uczucia, jakie jego rasa i kasta zna i dopuszcza. Teraz jednak sądząc po tym pierwszym wrażeniu, w czarnych kolorach widział swoją przyszłą współpracę z nowym wezyrem, przypominającym luksusowego stracha na wróble przeznaczonego nie dla nędznych poletek tego padołu, lecz fantastycznych krain, gdzie ma za zadanie płoszyć rajskie ptaki o niezwykłych barwach i kształtach. Wśród rojnego dworu Daville spostrzegł całe mnóstwo nowych niezwykłych osób. Dawna, który nie miał teraz wolnego wstępu do Konaku jak za czasów Mehmed-paszy, ponieważ całkowicie przeszedł na służbę konsula, z czasem potrafił jednak znaleźć kanały i drogi dla uzyskania informacji o wszystkim, o wezyrze, o czołowych osobistościach, o stosunkach panujących pomiędzy nimi oraz o sposobie załatwiania ważniejszych spraw.

Wskutek wrodzonej gorliwości, ciekawości i nudów, a także podświadomej chęci naśladowania dawnych ambasadorów królewskich, w których sprawozdaniach lubił się rozczytywać, Daville usiłował przeniknąć życie osobiste wezyra, wykryć intymne szczegóły jego domu i – w myśl recept dawnej dyplomacji – zgłębić «naturę, przyzwyczajenia, namiętności i skłonności władcy, przy którym został akredytowany», by tym łatwiej zyskać wpływ i móc przeprowadzić swoją rolę i zamiary.

Dawna, który nie mógł pogodzić się z losem, że przyszło mu tkwić w tej pustyni bośniackiej zamiast pracować w ambasadzie czy służbie jakiegoś stołecznego wezyra stosownie do uzdolnień i wyobrażenia, jakie miał o sobie, był stworzony do węszenia i donoszenia wszystkiego. Z czelnością Lewantyńczyka, sumiennością lekarza i bystrością Piemontczyka umiał wyśledzić i opowiedzieć wszystko sucho, rzeczowo, z wszelkimi szczegółami, które niekiedy ciekawiły konsula, zawsze były pożyteczne, lecz często nieprzyjemne i wstrętne.

Tak jak pomiędzy obu dostojnikami nie było cienia podobieństwa, ich współpracownicy byli diametralnym przeciwieństwem.

Ludzie, którymi otaczał się Mehmed-pasza i których zabrał ze sobą, byli przeważnie dość młodzi, prawie wszyscy z zawodu wojskowi, w każdym razie świetni jeźdźcy i zawołani myśliwi. Nie było pośród nich cudaków, którzy by cechami fizycznymi albo psychicznymi, dobrymi czy złymi, różnili się od innych i szczególnie rzucali się w oczy. Wszyscy byli w średnim wieku, opryskliwi, przeciętni, sercem i duszą oddani swemu panu, a podobni do siebie prawie tak samo jak trzydziestu dwóch mameluków, którzy przypominali kukły bez wyrazu, byli tego samego wzrostu i postury.

 «Dom» Ibrahim-paszy był zupełnie, ale to zupełnie inny. Było tu i więcej ludzi, i bardziej różniących się wyglądem i usposobieniem. Sam Dawna, dla którego Wschód niewiele miał tajemnic, zastanawiał się niekiedy w zdumieniu, skąd wezyr wytrzasnął tę niezwykłą drużynę, po co ciąga tych ludzi ze sobą po świecie i jakim cudem trzyma ich wszystkich razem. Pasza nie był, jak to w większości wypadków miało miejsce, homo novus nieznanego pochodzenia. Tak dziad, jak ojciec jego piastowali wysokie godności i byli bogatymi ludźmi. Nie dziw więc, że pańskiej klamki trzymała się cała chmara niewolników, zauszników, wychowanków, pachołków, rezydentów, krewnych o wątpliwym powinowactwie, pieczeniarzy i darmozjadów wszelkiego autoramentu. W ciągu swego długiego, pełnego zmiennych kolei życia i urzędowania wezyr korzystał z usług przeróżnych ludzi w najrozmaitszych potrzebach, a zwłaszcza w czasach, gdy sprawował urząd Wielkiego Wezyra Selima III. Większość z nich nie odstąpiła go już nigdy, nawet wówczas, gdy potrzeba, dla której zostali przyjęci dawno przestała istnieć, lecz przyczepieni do wezyra «jak muszle do starego okrętu» dalej byli związani z jego losem, a raczej z jego kuchnią i kiesą. Pośród nich byli niedołężni starcy, którzy nie wychodzili na światło dzienne i którym trzeba było usługiwać w ich izdebkach, gdzieś w głębi Konaku. Niegdyś byli oni w służbie Ibrahim-paszy i oddali mu jakąś poważną usługę, o której wezyr dawno zdołał zapomnieć, a którą oni sami ledwo sobie przypominali. Byli także młodzi i zdrowi jak rzepa, bez zajęcia i określonego urzędu. Niektórzy przyszli na świat w «domu» Ibrahim-paszy, jako że ojcowie ich tu służyli; wychowali się więc w jego konaku i pędzili tu życie bez widocznych racji i powodów. Nie brak też było bezczelnych i pospolitych derwiszów-wydrwigroszy.

Krótko mówiąc, niewiele Dawna przesadził, gdy ze swym wyuzdanym uśmieszkiem nazwał Konak nowego wezyra muzeum osobliwości".

Ivo Andrić, Konsulowie ich cesarskich mości, przeł. Halina Kalita, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1978, s. 224-228.

sobota, 17 grudnia 2011

 

 fuckyeahcoffee.tumblr.com

 

"Najgłupszym napojem jest kawa. Palimy kawę, by płyn był czarny, lejemy mleko, by był biały, kładziemy cykorię, żeby kawa była gorzka, a sypiemy cukier, by była słodka, gotujemy ja, żeby była gorąca, a dmucha się, by była zimna".

Elżbieta Łabońska, Śląska kucharka doskonała, Fundacja dla Śląskiego Instytutu Naukowego, Fundacja dla Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 1990, s. 17.

niedziela, 11 grudnia 2011

Carla Bruni - Quelqu'un m'a dit

środa, 30 listopada 2011

Z listu do Gabriela Liiceanu, lipiec 1982:

"Gdyby jakiś obcokrajowiec wziął do ręki pański Dziennik, mógłby odnieść wrażenie, że w Rumunii, w ciągu tych wszystkich ponurych lat, nikt nie robił nic innego, tylko medytował nad nieskończonością albo majaczył o losie cywilizacji".

Gabriel Liiceanu, Dziennik z Păltinişu, przeł. Ireneusz Kania, Pogranicze Sejny 2001, s. 113-114:

"Sobota, 24 lutego 1979

Noica obwieścił nam, że jutro napisze ostatnie linijki swego Tratatul de ontologie [Traktatu ontologicznego]. Z Sybina przyjedzie też Relu Cioran i będziemy świętować. Boże, jak skromnie i cichutko przebiegają ważne zdarzenia w świecie ducha! Jutro Păltiniş napełni się światowym zgiełkiem, my siądziemy sobie przy trójkąciku topionego sera i herbatce i gdzieś w najtajniejszym zakamarku duszy będziemy mieć świadomość, że oto w tym zakątku świata dobiegły kresu najwznioślejsze zmagania z myślą. Niechaj zaczną bić dzwony!

Niedziela, 25 lutego 1979

Dziś, między 15.00 i 16.45, Noica zrelacjonował nam swój traktat o bycie i odczytał trzy jego ostatnie strony napisane jeszcze tego ranka i koronujące trzyletnią pracę – wysiłek całego życia. (W tymże czasie ukazały się, niejako ubocznie, książki Sentimentul românesc, Sześć chorób, interpretacje siedmiu dialogów Platońskich; sam tylko komentarz do Kratylosa liczy 130 stron). Przychodzi mi z trudem zrelacjonować to, co czuję – chyba jakąś «bojaźń i drżenie». Ale ta głęboka emocja nie ma nic wspólnego z egzaltacją. To raczej trwoga towarzysząca intuicji tego, czym jest filozofia, spekulacja «niebudująca», najwyższa. Trudne do zniesienia poczucie, że dostępuję niezwykle stężonej, integralnej inicjacji w jakąś świecką sferę ezoteryczną, że oglądam triumf ducha korzystającego z pomocy Boga kultury. Po tym widowisku najwyższego spazmu umysłu rozlał się we mnie – nie wiem dlaczego – wielki smutek. I gdy Noica sobie poszedł, obaj z Andreiem, jak na dany znak, zabraliśmy się do jedzenia. Jedliśmy bez opamiętania, prawie nie mówiąc".

 

---

Na blogu Temprany Cioran w nieco innym zbliżeniu.

wtorek, 29 listopada 2011

Z listu do Aurela Ciorana, listopad 1968:

"Cieszę się, że znalazłeś sobie w końcu pokój. Nie mam pojęcia, jak mogłeś przez dwa lata znosić wokół siebie tyle osób. Cóż to za pomysł Nuţu, żeby kupować telewizor! To piekło. – Jeśli źle sypiasz, radzę Ci, zanim położysz się spać, wykonać kilka ćwiczeń na oddychanie: na stojąco, wykonuj ruchy pływackie! Nie przestawaj, póki nie poczujesz pewnego rodzaju ucisku w głowie. Inna rada: nie czytaj w łóżku. Przyzwyczaiłem się do tego, by każdego wieczoru, na godzinę przed pójściem spać, zrobić sobie spacer. Na koniec: bierz jak najmniej środków nasennych. Nadużywałem ich w młodości i była to klęska mojego życia".

Tagi: Cioran
23:15, timbuktu3 , Portret
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2011

Z listu do Mircei Eliadego, sierpień 1952:

"Anglia, co za rozczarowanie! Nieustanny deszcz, jedzenie obrzydliwe, osobnicy niemożliwi. To najgłupsze wakacje, jakie miałem do tej pory. Podbili świat, żeby znaleźć inny klimat".

Tagi: Anglia Cioran
21:12, timbuktu3 , Portret
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Archipelagi
Biblioteka Jugosłowiańska
Blogi
Czasopisma
Dźwięki
Literatura
Mitteleuropa | Bałkany
Na Południe
(o mnie)
Oglądam
Peryferia
Slawistyka
Szablon
Tagi